Grzegorz Trochimczuk

I.
Krysia urodziła się gdy w kraju rosło ciśnienie przed odwilżą. Matka przy porodzie krzyczała bolesne O, o Boże! Krysiu! Ulica krzyczała So-li-dar-ność! Siostra Krysi, Anka, chyżo wyskoczyła wprost do świata stanu wojennego półtora roku później. Bezgłośnie. Niezidentyfikowany przez nikogo wróg stał wtedy bardzo blisko bramy ich domu. W każdym razie swój wróg. W pojeździe opancerzonym. Wyglądało groźnie, bo sprzęt wojskowy to nie zabawki. Funkcjonariusza na szczęście dawało się rozpoznać w realu. Tak jak tego w telewizorze, nową gębę dopiero co ujawnioną na wizji, ubranego w zielony mundur bez dystynkcji „nieprzyjaciel-przyjaciel”. Kolorowa, ekscytująca rzeczywistość jak półki w samie. Ocet i sól.
Ojciec dziewczynek tyrał na budowie na dwie zmiany, a w zasadzie jak wypadło. Dwie zmiany, dwie córki, na dodatek prawie dwie paczki papierosów dziennie. Płucom Mietka, zwykle w chłodnym zimowym powietrzu brakowało tchu. Kasłał, zwykła rzecz. Maria nie dawała mu spokoju.
– Nie pal tyle! – rozdrażniona narzekała podniesionym głosem. – Wylądujesz na Płockiej.
– Daj spokój – odburkiwał. Ich rozmowy już od dawna przypominały pojedyncze strzały, które rozlegały się nagle.
Zazwyczaj oddzielała je spora przestrzeń milczenia i czas, dłuższy niż potrzebny do namysłu. Marii nie zależało na pyskówkach. Ale nie pozwoli na głupotę! Kłopoty same znajdują sobie drogę do człowieka. Czyżby o tym nie wiedział?
Na co dzień zmagali się z trudami życia w szarym kraju. Głodniejącym. Walczącym o najprostsze sprawy – kaszankę, salceson, okazjonalny kawałek szynki raz na jakiś czas, papier toaletowy, pieluchy, ubranka. Dziewczynki rosły. Maria sama szyła niektóre ciuszki. Zatrudniona jako szwaczka w spółdzielni krawieckiej wyczerpała wszelkie należne urlopy z okazji urodzin dzieci. Dlatego Ania trafiła do żłobka a Krysia do przedszkola. Zaprowadzić, odebrać. Czasem padło na ojca.

Zakupy, zakupy, kolejki w zatłoczonych sklepach. Ludzie zawsze wiedzieli, kiedy rzucili towar. Ugotować, uprać w IXI lub płatkach mydlanych w niezmordowanej wirnikowej Frani, wyprasować. Heroiczne życie matki w okresie niemowlęctwa córek. A później nadszedł okres kontaktów dziewczynek z innymi dziećmi – katar na okrągło, a nie daj Bóg – zapalenie ucha. Maria ze strachem zawiadamiała kadry o kolejnym zwolnieniu lekarskim na dzieci, ojciec przecież nie mógł jej w tym wyręczyć. Poza tym kto uwierzy, że facet nadaje się do opieki nad dziećmi. To było pewne jak dwa razy dwa, że mężczyzna nie może dać rady i nie powinien. Ot, tak już jest, taka kultura. Maria zaciskała zęby, kiedy kolejny raz zmuszona była wędrować z dziewczynkami do laryngologa. Umierała ze strachu w zakatarzonej kolejce.
– Nie płacz Aniu, nie płacz. – Krysia patrzyła na siostrę rozszerzonymi oczami. Brązowe włosy miała ciasno zaplecione w dwa grube warkoczyki. Ania, dla kontrastu, była jasną blondynką, zapewne po Mietku.
– Pani doktor, i co będzie. Znowu antybiotyk?
– Nie można inaczej bo z ucha cieknie. Dam pani zwolnienie na sześć dni. I proszę z tym uchem pokazać się jeszcze.
Maria wstała z krzesła jakoś niezręcznie, zawadziła bezwładną dłonią o lekarskie biurko, bólu nie poczuła i wyszła. Z powrotem do swojego świata. Znanego jak diabli. Widziała też, że inni sobie radzą znacznie lepiej. Skąd ludzie brali na te fiaty z przydziału? Taka nędza a samochodów coraz więcej. Tylko nie dla Mietka. Na szczęście doczekali się mieszkania odczekując swoje w spółdzielczej kolejce. Wyjątkowo szybko jak na ówczesne warunki, po 12 latach od chwili założenia przez matkę Marysi książeczki mieszkaniowej, M3 z przydziału. Zaledwie dwa pokoje i kuchnia. Oczywiście bez telefonu, przez co trudniej było zawiadamiać kadry o nowym zwolnieniu. Żyć było trudniej.

Którejś czerwcowej niedzieli postanowili wybrać się z dziewczynkami nad Zalew, na całodniową wycieczkę z wałówkami. Kanapki starannie złożone przez Marię, termosy z herbatą, trochę słodyczy. Udało się nawet dostać czekoladę wedlowską. Obiad postanowili zjeść obiad w „Mazowszu”, znanej w Nieporęcie knajpie na przystani. Elegancka jak na tamte lata, przeszklona budowla z dużymi oknami, tarasem i pokojami do wynajęcia na wypoczynek, cieszyła się sporym powodzeniem. Dancingi. Raz na jakiś czas mogli sobie na wyjeździe pozwolić na pomidorową z makaronem i schaboszczaka z kapustą. Dla dziewczynek też znajdzie się coś odpowiedniego. Żeby nie dziadować i poczuć się inaczej niż zwykle, musieli odżałować część zarobków na fanaberie albo szyk, jak kto woli, w restauracji.
Dzień na szczęście był pogodny, słoneczny. Lekki wiatr marszczył wodę jeziora. Popychał białe kłęby cumulusów, tak samo jak jaśniejące tu i tam na wodzie żagle szczęściarzy pływających w oddali omegami.
Leżeli na kocu. Maria mrużyła oczy spoglądając na rozbawione dziewczynki na skraju plaży. Rozweselone taplały stopami nabrzeżne błotko.
– Wiesz – odezwał się Mietek i zawiesił głos na chwilę. – Trudno tak ciągnąć dalej. Musimy coś zmienić.
– O czym ty mówisz?
– No, o naszym życiu przecież.
– A co ci się znowu nie podoba? Nie żartuj – westchnęła Maria.
– Nie mam najmniejszego zamiaru żartować. Sama widzisz. Jak tu przyjeżdżamy dla rozrywki, wyrzekamy się czegoś innego. Od dawna powinniśmy wymienić tapczan. Nasz nadaje się tylko na śmietnik.
– Nie jest jeszcze taki najgorszy, wytrzyma rok albo dwa…
– …dwa albo trzy – wpadł w jej słowo Mietek. Widać było, że coś musiało w nim się gotowało. Otarł czoło. Było gorąco, na pewno termometr wskazywał 25 stopni albo więcej.
– Posłuchaj – zaczął mówić już nieco spokojniej. Cedził słowa. – Mój kumpel z budowy, znasz Ryśka, ma świetny pomysł. Są zapisy na pielgrzymkę do Lourdes. Wyobraź sobie, to we Francji. Autokar będzie musiał przejeżdżać przez Niemcy. Ro-zu-miesz? Przez Niem-cy!
– No i co? Niech jedzie, skoro ma pieniądze i wierzy w te, no tam, siły nadprzyrodzone.
– Nic nie rozumiesz, kobieto. Ja, to ja chcę się wybrać z tą pielgrzymką.
– Krysiu, Krysiu, nie pozwól Ani wchodzić do wody. Tylko na brzegu, słyszycie! – wykrzyknęła Maria, która uwagę musiała dzielić między dziewczynki i Mietka.
– No więc Marysiu, na pielgrzymkę – podjął Mietek – żeby urwać się z niej w Niemczech. Przecież wiesz, że z moim zawodem znajdę tam pracę bez mrugnięcia.
– Daj spokój, chyba postradałeś resztki rozumu. Nawet o tym nie myśl – Maria zerwała się jak oparzona i pobiegła w kierunku dziewczynek. Mietek westchnął i walnął głową w koc.
Czas najwyższy iść na obiad. Minęła czternasta. Poczuł ssanie w żołądku.

Do rozmowy wrócili wkrótce. W środę wieczorem dziewczynki powędrowały do swoich łóżeczek, jak zwykle po dobranocce. Dla Marii i Mietka była to upragniona chwila oddechu. Jeśli nikt do nich nie wpadł z wizytą, siadywali przed telewizorem i oddawali się relaksowi. Tego dnia Mietek wyciągnął z torby butelkę Honey Cherry Brandy – wiśniówkę na miodzie, ich ulubioną. Maria badawczo spojrzała na męża. Przeczuwała co się święci. Paluszki i krakersiki na ząb. Przepili do siebie. Eleganckie, wysmukłe kieliszki z rżniętego kryształu pamiętające dawne czasy, przywoływały pamięć o kredensie w mieszkaniu matki, gdzie wiele lat stały za szkłem w oczekiwaniu na kolejną okazję. Teraz ładnie prezentowały rubinowy kolor wiśniówki.
– Wiesz Marysiu, wpisałem się na listę. Pamiętasz, wspominałem o Lourdes. Nie przerywaj mi jeszcze – rzucił, widząc zniecierpliwiony gest żoninej ręki. – To jest naprawdę szansa dla nas. Łatwo znajdę robotę, odkujemy się. Przecież wiesz ile warte są marki. To mocny pieniądz.
– Ale co ja zrobię? Sama z dziewczynkami. Nie poradzę sobie. Praca, dom, no przecież dobrze to rozumiesz… – zawiesiła głos i trwała w wyczekiwaniu.
Mietek trawił słowa. Nalał do kieliszków. Maria pomyślała o matce, Niemce. Znalazła się w Polsce tuż przed wojną. Przyjechała z jakąś misją handlową. W Poznaniu poznała Polaka. I stało się. Zakochani tak, jak zdarza się tylko w romantycznych powieściach, dali się unieść uczuciom. Byli jeszcze bardzo młodzi. Ślub wzięli bez oglądania się na nikogo. Zachłannie, prędko, bez zbędnych ceregieli. Zamieszkali w Płońsku. Stamtąd pochodził młody wybraniec. Wojna przyszła nagle. Matka poczuła się znowu jak w ojczyźnie, była w Rzeszy. Teraz przed jej mężem stanął wybór: ukryć się czy pozwolić wcielić do Wermachtu. Uległ naciskom żony. Zaprzedając diabłu polską duszę rozpoczął służbę i wyruszył z Wehrmachtem na front wschodni. A tam, jak w wielu przypadkach, wszelki słuch o nim przepadł. Nie było go na liście poległych. Zaginął. Na nic zdały się zabiegi podjęte przez zonę po wojnie o ustalenie faktów przez Czerwony Krzyż.
Drugi raz za mąż matka Marii wyszła także za Polaka starszego od niej o osiem lat. Spolszczyła się widocznie. I nie sprzeciwiła nowej władzy.
Na rok przed śmiercią Stalina na świat przyszła Maria. Powojenna zdobycz matki. Ech dawne historie…
– Zamyśliłaś się Marysiu. Nie będzie ci łatwo, to prawda, ale przecież trzeba zadbać o przyszłość dziewczynek. Szaleje inflacja. Przynoszę tysiące nic niewartych papierów. Co za nie można dostać? A odłożyć? Gdzie tam. – Mietek miał rację, wiedziała o tym.
Uśmiechnęła się jakoś smutno mimo, że wyśmienity smak wiśnióweczki powinien nastrajać pozytywnie. Oboje ją lubili. Polski rarytas.
– Już cię chyba nie zatrzymam. Postanowiłeś? – zapytała jakby machinalnie nie swoim głosem. – A forsa? Skąd ją wytrzaśniesz. A może już masz, o czym ja nic o ty nie wiem.
– Opłacenie wycieczki to nie taki problem. Musiałem jednak pożyczyć walutę od kumpla, żeby było na początek w Rajchu. – Oczy Marii otwierało zdumienie.
– A jak oddasz?
– Zarobię przecież. I raz dwa spłacę kumpla.

Aż do dnia wyjazdu Mietka, Maria nie mogła znaleźć sobie miejsca. Z paszportem udało się. Stan wojenny nieco zelżał. I chociaż było wiadomo, że sporo Polaków nie wraca z wycieczek na zachód, ta sztuka udawała się następnym śmiałkom. – Co ja zrobię? – myślała uporczywie. – Sama mam sobie radzić z dziewczynkami? Nie tak miało wyglądać nasze małżeństwo, rodzina – nie mogła opędzić się od napływających myśli. Krysia – 6 latek, Ania – 4 i pół. Zaraz zacznie się szkoła, praca, dom. Kierat. A Mietek tam w niewiadomym, obcym kraju, chciał im zafundować lepszy byt. – Tylko czy to się uda? A jak nie?
Wyjechał w pewien majowy dzień. Pomachali do siebie na pożegnanie. Obejmowała mocno dziewczynki tulące się do jej nóg. Dobrze, że nie mogły widzieć jej oczu. Błysnęła łza. Ot tak, nie wiadomo dlaczego wbrew jej woli zakręciła się w oku. Otarła ukradkiem i teraz już same wróciły do siebie.

II.
Maria swoją samotność znosiła coraz trudniej. Jedynaczka, pamiętała, że jej matka nie dała wygrać samotności. Bez mężczyzny nie można żyć, ale wbrew temu przekonaniu, pierwszego męża sprzedała uznając prawomyślność za wyższą rację. Dla dobra sprawy. Czyjej sprawy? Maria do końca nie była w stanie zrozumieć tej pokrętnej intencji swojej matki.
Przemyśliwała czasem własne koleje losu na tle losu matki, która została bez męża już po niecałych dwóch latach wspólnego życia. Drugi mąż, ojciec Marii także opuścił matkę i córkę przedwcześnie. Zmarł na zawał, prawdopodobnie. A może na raka? Teraz już tak naprawdę nie wiedziała nic na pewno. Bo i skąd. Matka nie była skora do objaśniania spraw świata a Marysia miała wtedy dopiero dziewięć lat. Taki los. W gruncie rzeczy wszystko jedno. Wiodły samotne, niełatwe życie sam na sam ona i matka. Dawały radę.
Lecz teraz Marii wydawało się, że jej los jest o wiele cięższy. Jest mężatką ale mąż fizycznie nie jest obecny tutaj na miejscu, gdzie potrzebowała go najbardziej. W kraju teraz trudniej było żyć niż przedtem. Do czego to może doprowadzić? Po dwóch latach od wyjazdu Mietka i jego ucieczki na Zachód, spotkała się z Janką na kawie. Z nią jedną mogła rozmawiać jak z przyjaciółką. Swobodnie, bo Janka słuchała, rozumiała i delikatnie wspierała uśmiechem, ledwie zauważalnym gestem.
Nie zwracały uwagi na snujący się w kawiarni dym papierosowy. Obie niepalące pochłonięte były własnym światem. Janka także była samotną kobietą. Jej facet przebywał w Stanach. Pracował tam na czarno. Ale dawał znać o sobie, pisał, przysyłał paczki, chociaż nie miała złudzeń co do tego, czy się cnotliwie prowadzi. Nie musiał. Znała go dobrze lecz potrafiła być ponad jałową zazdrość. Janka dostrzegła zaczajony w oczach Marii strach.
– Janka, ja nie dam rady… – prawie wyszeptała Maria. – Widzę, jak przede mną wyrasta góra nie do przebycia, albo po prostu mur.
– Marysiu, daj spokój. Nikomu nie jest łatwo. – Janka miała nadzieję odeprzeć tę falę zwątpienia. – Przecież my wszyscy, ty, ja i inni – zobacz tylko – dookoła biją głową w mur albo pazurami wydzierają towar ze sklepów.
– Ja nie o tym. Czuję się diablo samotna. Mam wrażenie jakby Mietek porzucił mnie już na zawsze. Mnie i córki. Od dawna nie dostaję od niego żadnych wiadomości.
Janka podniosła głowę w kierunku Marii, wpatrywała się chwilę.
– Ostatnio było chyba okej?
– Janeczko, ostatnio to już ponad pół roku. Widziałyśmy się w kwietniu, zaraz po Wielkanocy. A to już październik, czas nie próżnuje. Krysia poszła do szkoły. – Żachnęła się, sięgnęła do wiszącej na oparciu krzesła torebki i wyjęła Klubowe.
Janka patrzyła niedowierzaniem – Ty palisz?
– A palę. Od czasu do czasu. Zabijam nerwy i samotność. Uwierz, ja już sobie nie daję rady. – Odgarnęła z czoła kosmyk. Zaświtała w nim ledwie dostrzegalna siwizna. Twarz Marii nie była ani ładna ani brzydka. Emanowała ciepłem, kąciki ust lekko odchylone ku górze nadawały jej twarzy pogodny ton. Tylko oczy nieco zaciągał smutek. Był w jej wizerunku jakiś rys niemieckiej urody. Niemieckiej kobiety, frau. Zapewne niezatarty ślad matki. Zaciągnęła się głęboko i wyokrąglając usta wypuściła dym. Janka podsunęła jej bliżej szklaną popielniczkę.
– Nie pomyślałbym, że będziesz palić. Pamiętam jak narzekałaś na Mietka.
– Mietek? Cóż, po kilka miesiącach, kiedy się urwał, wiesz, mówiłam ci o tym, przyszedł pierwszy list. Później jeszcze kilka, nie miał drygu do pisania. Dostałam kilka paczek i kilkaset marek na konto w banku Pekao. – Zaczęła wypluwać słowa, które cisnęły się jej na język. – Nie wystarczało na tak zwany dobrobyt ale mogłam radzić sobie trochę lepiej. Najgorsze, że miałam dwie, a może trzy wizyty jakichś wścibskich panów z bezpieki. Nic nie wiem, mówiłam, niczego nie chciałam, nie namawiałam. Uciekł. Po prostu uciekł!
Przestała mówić. Nie mogła. Usta jej ściągnęły się jakby do płaczu. Nerwowo raz po raz strzepywała popiół z papierosa. Do popielniczki i obok.
Janka wyciągnęła rękę kładąc ją na ramieniu Marii. – Cicho Marysiu, tylko nie rozbecz się.
Milczały przez dobrą chwilę. Maria zaczęła ciągnąć dalej, jakby jeszcze nie wylała całej zawartości żalu, niemocy, nagromadzonych wątpliwości.
– I wszystko skończyło się. Już tak długo nie mam od niego wieści. Nie daje znaku życia. Co ja mam robić Janeczko? Czuję w sobie tylko bezradność.
– Spróbuję się zorientować jak mogłabym ci pomóc. – Na Jankę zawsze można było liczyć. Należała do tych, którzy nie uciekają od dotkniętych nieszczęściem. Nie mogłaby być obojętną.

I rzeczywiście. Janka uruchomiła kontakty, dzięki którym mogła liczyć na pomoc w ambasadzie RFN. Przy okazji dała Marii znać, że podjęto kroki w celu odszukania Mietka w Rajchu. Musiały teraz cierpliwie czekać.

Czas płynął. Szara, daleka od radości rzeczywistość przesuwała się od jednego horyzontu do drugiego zabierając kolejne dni w niepamięć. Rzeczywistość niepobudzająca. Nie było w niej nic, co wzniecałoby ochotę do działania, otwierałoby cele, dawałoby szansę na podjęcie zadań. Nikt nie mógł dostrzec, że Maria pogrążała się w depresji. Ogarniała ją niepostrzeżenie. Maria traciła grunt, który pozwalał twardo stąpać po ziemi. Uświadomiła sobie, że praca jest ciężarem coraz trudniejszy do udźwignięcia. Osiem godzin szycia dzień w dzień prze tyle lat. Kto wie, jak długo szwalnia jeszcze wytrzyma. Rynki zbytu zdawały się obojętnieć na ofertę niewielkiej, rzemieślniczej firmy. Wygrywali silni gracze rynkowi. Realne płace w szwalni praktycznie na niezmienionym poziomie od lat. Zapewniały tylko wyrównywanie inflacji. Nic jej nie obchodziły związki zawodowe. Solidarność zamarła. Branża była bezsilna. Więc, co ona może? Kręciła się na co najmniej czterokrotnie wolniejszych obrotach niż szpulka nici zatknięta na nieruchomym bolcu zamocowanym na korpusie maszyny.
Krysia i Ania rosły. Dziewczynki korzystały ze wszystkich przywilejów wieku. Nie obca im była starta do krwi skóra na kolanie i oczywista dziura w rajstopach. Gwar dzieciaków na trzepaku. ‒ Mamo, mamo ‒ wołała Ania. ‒ Krysia mnie uderzyła! ‒ Oszukuje, zobacz mamo jak oszukuje ‒ Krysia walczyła o swoje. Przedszkole i szkoła najbardziej dawały się we znaki Marii. Nawet na chwilę nie mogła się uwolnić od tych koszmarów. Gdyby żył tata! Ale jego nie było już od tylu lat. Marii trudno było sobie przypomnieć jak wyglądał. Dziadek i babcia przebywała gdzieś w nieznanym niebie. Jej mama zmarła zaraz po narodzeniu Krysi, w grudniu, jakby zapowiadając polską wojnę. Nie zdołała wygrać z nowotworem, który spustoszył jej mózg. Właściwie śmierć była jej wybawieniem. Tak właśnie osamotniała Maria. A teściowe? Płońska patologia, alkohol. Kiedyś dawno, jeszcze w narzeczeństwie z Mietkiem wybrali się w odwiedziny. Maria była zszokowana. Pochlaj zakończył wizytę o wiele wcześniej niż można się było spodziewać. Właściwie niemal uciekli na PKS, byle szybciej pozostawić za sobą to niefortunne wydarzenie. Dobrze, że wcześniej Mietkowi udało się wyrwać z ich środowiska.
Maria z pełną zakupów siatką urywającą rękę wlokła się noga za nogą wzdłuż Czarnomorskiej. Do domu było już niedaleko. Myślami błądziła po jakiejś nieznanej budowie w Dortmundzie. Wydało jej się, że zaraz napotka Mietka. Wysoki zauważy ją z daleka. Uśmiechnięty pomacha do niej przywołując ku sobie. Ocknęła się nagle ze snu widząc przed wejściem do klatki Jankę.
– O! A co ty tu robisz? Umawiałyśmy się? Zaskoczyłaś mnie – powiedziała zbyt głośno, przecież to była Janka. Zdziwienie na twarzy zdradzało to zaskoczenie. – No wejdź, wejdź do środka – zaczęła otwierać drzwi.
– Marysiu zaczekaj. Chcę ci coś powiedzieć, musisz wiedzieć. Nie chcę mówić przy dziewczynkach.
– Ale co się stało? O co chodzi? Nic nie rozumiem. – Maria jak wryta stanęła w progu klatki schodowej.
Janka patrzyła na Marię ze zrozumieniem, jakby gdzieś w głębi siebie poszukując współczucia. Jak przekazać niedobrą wiadomość. Wiedziała, że to jej powinność powiedzieć, ale umiała też sobie wyobrazić jak ona sama odebrałaby tę bardzo złą nowinę. Marią złapała Jankę za rękaw.
– No mów. Mów przecież! Mietek? Prawda? To dotyczy Mietka. – Właśnie przypomniała sobie natrętne przywidzenie sprzed kilku minut. Przeczucie.
– Mietek nie żyje, Mario. Miał wypadek. Właśnie dowiedziałam się… - nie dokończyła.
Torba wypadła Marii z rąk. Jabłka potoczyły się po chodniku. Obie usłyszały brzęk rozbitego szkła. Słoik? Butelka? Albo to był odgłos rozbitych szyb okna, które razem z Mietkiem wypadło z czwartego piętra. W ciemność… Maria obsunęła się bezwładnie pod drzwiami, za którymi na matkę czekały one dwie, Krysia i Anka.

III.
– Krysiu, nie zostawiaj mnie. Wyjedziesz beze mnie? A ja? Nie chcę tutaj być sama. Nie możesz mi tego zrobić! – Głos Ani drżał, mogła się za chwilę rozpłakać. Jej oczy pociemniały, a może tylko zacisnęła powieki. – Jak możesz mnie zostawić? Jak możecie… – powtarzała.
– Aniu przecież wiesz, że tak musi być. Ale to nie będzie na zawsze. – Krysia pogłaskała Anię po jej długich jasnych włosach opadających na ramiona. Objęła ją mocno. Mimo niedużej różnicy wieku wyglądała znacznie doroślej. Tak eksplodowało w niej burzliwe dojrzewani.
– Ale ja nie chcę bez ciebie. – Ania wciąż miała nadzieję.
Siedziały pod białą figurą Matki Boskiej na tyłach budynku o dużych prostokątnych oknach w białych ramach. Roztaczał się stąd rozległy widok na ogród ze starymi drzewami owocowymi. W drugiej połowie maja drzewa były już po kwitnieniu. Zieleniły się dobrze uformowane liście. Ogród ciągnął się aż do torów kolejowych. Tą właśnie drogą ze stacji Warszawa Gdańska powinna przyjechać pociągiem ich matka.
O dzisiejszych odwiedzinach matki dowiedziały się od swojej opiekunki. Siostra Teresa od kilku lat, właściwie od początku ich pobytu w domu dziecka, sprawowała nad nimi bezpośrednią opiekę. Ubrana w habit siostry ze Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek NMP Niepokalanie Poczętej odsłaniała przed nimi swoje dłonie, pocieszające w wielu trudnych chwilach, i dobrą twarz. Szczupłą, z siecią drobnych zmarszczek w kącikach piwnych oczu, o łagodnych rysach. Mogła mieć około czterdziestki, lecz kto miałby to stwierdzić. I po co? Siostry od ponad pięćdziesięciu lat prowadziły w Chotomowie zakład wychowawczy dla dziewcząt. Właśnie o tym pełna zdecydowania Janka mówiła Marysi, starając się rozwiać jej rozliczne wątpliwości, czy przekazać dziewczęta pod opiekę sióstr. Mówiła, że Fundacja im. Ojca św. Piusa XI., budzi zaufanie. Z całą pewnością zapewnia renomę prowadzonej przez siostry placówce. Kilkakrotnie powracała do tematu. Wiedziała, że Marysia nie da rady na nowo ogarnąć swojego życia po utracie Mietka. Na domiar złego po zamknięciu szwalni znalazła się w dramatycznej sytuacji finansowej. Nie wiedziała jak ma ruszyć z miejsca. Przyrosła do swojej beznadziei.. Czuła się wdeptana przez los. Płakanie nie przynosiło ulgi. Janka zauważyła niepokojące objawy depresji. Dla otoczenia nie było to takie oczywiste. Depresja, a co to za nowa fanaberia? Na osobę depresyjną spadały niesprawiedliwe opinie sąsiadów, koleżanek i kolegów, bez pardonu zdolnych do oceniania innych.
‒ Jej się nie chce.
‒ Co ona wyprawia?
‒ Jak można być tak słabym?
‒ A dzieci?
‒ Czy ona nie wie, że dzieci są najważniejsze?
Itd., itp.
Janka wiedziała jaki jest najlepszy sposób żeglowania po wielkim oceanie życia. Samotna, nie znalazła dla siebie odpowiedniego partnera. Faceci? Po jakie licho brać na siebie dodatkowe ciężary, po co jej bezustanne użeranie się z kimkolwiek. Mało poznała przypadków? Doświadczyła tego miodu, za którym uganiają się dziewczyny i kobiety. Kilka krótkotrwałych związków rozleciało się albo wypaliło tak, że nawet garstka popiołu nie pozostała. A przecież miała w sobie ów pożądany skarb kobiecej zalotności. Zbyt mądra, zbyt wiele oczekiwała od mężczyzn, a oni nie mogli dostarczyć jej tego na czego ona oczekiwała. Nikt nie jest piękny, młody, bogaty a na dodatek czuły i odpowiedzialny. I… i… Została kobietą samowystarczalną. Racjonalizm i praktycyzm pozwalały jej na radzenie sobie w życiu. Wtedy, gdy komuniści byli u władzy, i teraz już po łagodnym przewrocie i przejściu na gospodarkę rynkową, gdzie nie wiadomo jeszcze, kto trzyma ster w swoim ręku.
Jance udało się wyperswadować Marii, że jedynym logicznym rozwiązaniem, głównie kierując się dobrem dziewczynek, będzie oddanie ich pod opiekę sióstr służebniczek. Uwolnienie się od stresu bieżącego życia, stabilizacja ekonomiczna pozwoli Marysi otrząsnąć się i wyjść na prostą. Przecież nie zostawi ich tam na wieczność. Będzie mogła odwiedzać tak często jak zechce. To naprawdę dobra placówka. Wie, bo ma rozeznanie, tu i tam podpytała u znajomych księży. Niekiedy komuś przytrafia się takie szczęście, że nawet w nieszczęściu obok pojawia się Janka. Przyjacielska opatrzność. Bo w wielu innych przypadkach nikt takiej Janki obok siebie nie znajduje. Można poznać te biedaczki na wysokich stołkach przy barach. Inne przestały już cokolwiek oglądać w lustrze, siedzą na brzegu wanny i rozpamiętują łzawie.
Siostra Teresa opowiedziała Marii o domu w Chotomowie. Był zasłużoną placówką z wieloletnią historią. Piętrowy budynek z cegły, odbudowany po zniszczeniach wojennych, do dziś zachował w stanie prawie niezmienionym swój pierwotny wygląd. Siostra zwróciła uwag, że dzięki staraniom Wyszyńskiego dom pozostał w rękach zakonnic, mimo wielu zakusów władz partyjnych i około partyjnych. Oczywiście musiał spełniać swoje funkcje zgodnie z prawem tak, jak państwo ludowe wymagało od placówek opiekuńczo-wychowawczych. Pomocne dla utrzymania statusu domu było brewe papieża Piusa XI z 25 listopada 1922 roku skierowane do Jego Ekscelencji ks. St. Galla Biskupa Polowego W.P., w którym dziękuje za jej utworzenie i przesyła Apostolskie Błogosławieństwo. Takie pismo miało moc! Siostra wierzyła w to bez żadnych wątpliwości.
W czasie kiedy w placówce znalazły się dziewczynki, warunki bytowe były już znacznej lepsze. Duże, dwunastoosobowe sale zostały przebudowane tak, że dzieci otrzymały przytulne 2-3 osobowe pokoiki. Ściany w pastelowych, przyjemnych, zróżnicowanych kolorach, dawały dzieciakom poczucie odrębności i przytulności. Tej im, dzieciom z sierocińca zawsze brakowało najbardziej, tak jak miłości. Krysia i Ania zajmowały 3-osobowy niebieski pokoik na piętrze od strony południowej, dzięki czemu był bardzo jasny, prawie wesoły. Mieszkała z nimi Ula, sierota, pochodząca z pobliskiej mazowieckiej wioski. Zaprzyjaźniły się. Ula była w wieku Ani, chodziły do jednej klasy w podstawówce, dlatego szybko się zaprzyjaźniły. Poza tym wyróżniały je charakterki, nie wyłącznie cne. One zawsze pierwsze gotowe były do rozróbek, które powodowały u siostry Teresy załamywanie rąk. I biadolenie. Daremne. W malutkiej Anusi chochlik, u Aneczki diabełek a Anka, to już ho, ho. Czysty czort! Da się jeszcze nie raz Marii we znaki. Ale o tym później…
Tę niedzielę jak wszystkie poprzednie, a zapewne i następne, rozpoczęła modlitwa w kaplicy. Do kaplicy prowadziły schody z drewnianymi poręczami. Wejście znajdowało się naprzeciw kominka w hallu. Na ścianie wisiał portret Piusa XI, patrona. Później wąskim korytarzem na lewo można było przejść do sali jadalnej. Niedziela to oczywiście kakao na śniadanie i prawie nieśmiertelna jajecznica. Zaraz za stołówką znajdowało się wyjście na dwór.
Maj tego roku zapewniał na ogół słoneczną pogodę. Schroniły się przed natarczywym promieniami przy figurze i czekały na matkę. Zawsze stąd można było patrzeć dalej niż na czubki własnych bucików, co współgrało z ich nieokreśloną tęsknotą. Za czym? Za mamą, tatą. Za kochającą się rodziną, przytulnym i spokojnym domem. Tutaj były w innym domu. Zawsze obcym. Nie takim wymarzonym.
Ani rozstanie z Krysią nie mogło pomieścić się w głowie. Odkąd pamięta zawsze były razem. A teraz nagle będzie sama. Krysia pojedzie w nowe, nieznane miejsce. Oczywiście dwanaście lat wystarczy aby rozumieć, że kiedy kończy się jedna szkoła, to zaczyna druga. Właśnie ta druga znajdowała się w Płońsku. Dom dziecka i liceum. Autobusem godzina albo dwie… Nie wiedziała dokładnie. A jednak daleko. ‒ Nie pojadę przecież, kiedy zechcę – myśli biegały jej po głowi. ‒ A jak? A za co?
Ania w odróżnieniu od Krysi miała impulsywne usposobienie. Kierowała nią pierwsza napływająca myśl, refleksja jak zwykle przychodziła później albo wcale. I mówiła prosto z mostu, co nie dawało jej spokoju. Była z pewnością nieodrodną córką Mietka. Krystyna, no właśnie ‒ Krystyna nie Kryśka, często sprawiała wrażenie, jakby najpierw wycofywała się w zacisze własnych przemyśleń a dopiero po upływie bliżej nieokreślonego czasu uzewnętrzniała swoje przemyślenia. Wydawała się być bardzo opanowana. Tylko trzęsienie ziemi mogło z jej wnętrza wyrwać jakiś okrzyk. Kiedy Janka spoglądała na Krysię miała wrażenie, że to wykapana matka. Czy także zostanie cierpiętnicą? Czy i ją może dopaść jakieś rozczarowanie, jakieś uderzenie pięści losu. Ale ona, zanim się ugnie – przetrawi. Nawet uśmiechu było w niej o tyle mniej, o ile więcej było w Ance.
Maria, najpierw zajrzała do budynku, a dopiero potem stanęła przed córkami. Nagle, tak cicho podeszła. Dojście od stacji na ulicę Piusa 69, pod tym adresem znajdował się dom dziecka, trwa około dwudziestu minut. Ponieważ dzisiaj było gorąco, Maria wyglądała na zmęczoną. Wciąż była młodą kobietą, ale na twarzy miała wymalowane trudne przejścia. Jakiś nieokreślony smutek, nawet kiedy się uśmiechała. Cień jakby się utrwalił. Poza tym miała zwyczaj upinać włosy w kok, co sprawiało dodatkowe wrażenie, że nie nadążą za współczesnością. Nosiła się staromodnie. Taka nie może liczyć na zainteresowanie mężczyzn, dla których pierwszy wygląd ma pierwszorzędne znaczenie. Nikt jej nie podrywał, nie proponował niczego, zresztą ona sama również nie zniechęcała do tego. Nieprzystępna. Czterdziestoparoletnia matrona.
Objęła dziewczynki.
‒ Krysiu, Aniu, co u was? Pięknie wyglądacie. Tak się za wami stęskniłam. Zawsze, im bliżej przyjazdu do was, tym bardziej nie mogę sobie znaleźć miejsca. Ale już jestem, tak się cieszę. – Maria powitała je potokiem słów. I całowała każą w czoło, policzki. ‒ Ale już z was są panienki. Nie widziałam jeszcze siostry Teresy, jak w szkole?
‒ Dobrze mamo. Wszystko. Oceny mamy dobre. Ania niektóre oceny musiała poprawiać, no wiesz, zwłaszcza z matmy. – Krysia recytowała bez zająknienia. Ania złapała matkę za rękę i mocna ściskała.
‒ Chodźmy na spacer. Jeszcze jest sporo czasu do obiadu.
‒ Dobrze. Powoli, najpierw powiedzmy siostrom.
Wyszły na Piusa i skierowały się w stronę cukierni. Na lody.
‒ Wiesz mamo, jak skończę podstawówkę, chcę jechać do ciebie, do domu – powiedziała Anka zdecydowanym głosem. Sprzeciwu nie brała pod uwagę. Maria westchnęła. Krysia stawiała najdłuższe kroki. Podobnie będzie zdobywała własną pozycję. Stanie się samodzielna i wiedziała, że osiągnie sukces.

IV.
Maria wyjęła ze skrzynki list od Krysi. Tak dawno już nie pisała, nie widziały się też od kilku miesięcy. Czas leci. Była ciekawa co u niej. Kończyła już prawie drugi rok studium nauczycielskiego w Olsztynie – filologia polska. Jeszcze tylko rok i będzie mogła podjąć pracę jako nauczycielka. Krysia parła naprzód. Liceum w Płońsku ukończyła z wyróżnieniem i dość łatwo dostała się na studia. Otrzymała stypendium, zamieszkała w akademiku, radziła sobie. Maria wiedziała, że Krysia potrafi urządzić sobie życie, mimo wszystkich przejść, które ją do tej pory spotkały. Mimo braku ojca i słabości matki, a właściwie jej obezwładniającej depresji.
Weszła do mieszkania, usiadła przy stole i niecierpliwie rozdzierała kopertę aby jak najszybciej dotrzeć do listu. Oczywiście list został napisany na papierze z papeterii. Ach, ta Krysia, nie na wyrwanej pośpiesznie kartce, a właśnie na specjalnym papierze. To do niej pasowało.
„ Kochana! – Maria zaczęła czytać list bezgłośnie poruszając ustami. Zmarszczki w kącikach ust zaświadczały o upływie czasu, tak jak siwizna włosów była śladem wielu trudnych przeżyć. – U mnie wszystko wygląda dobrze. Sądzę, że dam radę w komplecie zaliczyć egzaminy w pierwszych podejściach. Wiesz, że lubię to swoje studiowanie. Zawsze lubiłam. Tyle się dzieje, mamo. Nie bardzo wiem o czym powinnam ci napisać najpierw. No dobrze, wyobraź sobie: ZAKOCHAŁAM SIĘ! Po raz pierwszy! Nie sądziłam nawet, że będę w stanie mieć chłopaka. A mam. To Bronek. Spotkaliśmy się dwa miesiące temu w klubie. Przyjechał służbowo na kilka dni z Ciechanowa. Do Olsztyna wysłała go firma, załatwiał sprawy handlowe z podwykonawcami. Oczywiście musiał wrócić do siebie. Ale zaiskrzyło. Piszemy do siebie, a nawet przyjeżdżał do Olsztyna specjalnie dla mnie. I przedwczoraj oświadczył się.” Maria przerwała czytanie. Właśnie do domu wpadła Anka jak burza.
‒ Daj mi trochę forsy, wybieram się na dyskotekę. Nie będę dziadować – wykrzyczała już od progu.
‒ A ty co sobie wyobrażasz? Czy ja mam bank? Chcesz szaleć to najpierw zarób!
‒ Ale z ciebie mądrala. Wiesz, że szukam roboty. A teraz nie marudź. Nie zbiedniejesz z powodu pięciu dych. – Weszła z hukiem do łazienki. Jak zwykle – pomyślała Maria. – Ona mnie wpędzi do grobu. Czy ja potrafię odmówić?. Kochała Anię. Przecież nie z własnej winy, raczej przez splot okoliczności, spędziła tyle lat w sierocińcu. Sięgała do portmonetki. Nie mogła być asertywna.
‒ Dziękuję mamuś!- Anka cmoknęła matkę w policzek. – Nie czekaj na mnie, wrócę dziś późno. A, list, od kogo?
‒ Od Krysi.
‒ Co tam u niej? Żyje? – Wybiegła zatrzaskując drzwi.
W uszach Marii trzask zamykanych drzwi tkwił jeszcze w głowie przez dobry moment. Nie wiedziała gdzie Anka spędza wieczory. Szkolę porzuciła po drugiej klasie, zapisała się na kurs stenotypistek – to dobry zawód. Będzie miała kwalifikacje to zawsze znajdzie robotę. Anka poznała dziewczyny, które zajmowały się czymś konkretnym, fryzjerstwem, manicure, nawet masażem. No, przed nimi jest przyszłość, skoro mają konkretny fach w ręku, Dlatego uważała, że prosty zawód to dobry sposób na życie.
Maria uwolniła ją z objęć troskliwego Domu Dziecka i zabrała do siebie zaraz po ukończeniu szkoły podstawowej. Uzyskała wymagana zgodę Sądu. Krysia przebywała jeszcze w Płońsku.
Powróciła do czytania listu. Chciała dowiedzieć się czy Krystyna przyjęła oświadczyny.
„Bronek obiecał, że będzie dobrym mężem. Pamiętałam tatę, dlatego upewniłam się, że Bronkowi wystarczy praca w kraju. Tak, Mamo, przyjęłam oświadczyny. Bardzo, bardzo chcę żebyś go poznała. Bronek powiedział, że zaprasza do Ciechanowa. Ustalimy dobry termin i damy znać. Mamy jeszcze czas, najpierw dokończę studia, później planuję zatrudnić się w szkole w Ciechanowie jako polonistka. Wtedy zrobię magisterkę, zaocznie. Całuję was. Pozdrów ode mnie Anię. Co z nią? Czy bardzo daje się Tobie we znaki? Proszę napisz kilka słów. Czekam niecierpliwie, Krysia.”
Maria położyła list na stole. Zamyśliła się. Życie wykładało nowe karty. Kto wie, jaki się okaże Bronek? Czy znajdzie z nim spokój? Krysia taka poważna, traktowała życie bardzo serio. Wszystko musiało być poukładane. Podobna była w tym do babki, niemiecki duch. Anka odwrotnie, łapiduch. Według niej młodość to najlepsza pora na zabawę, nie należy przyśpieszać biegu,. Jeszcze nie czas na kłopoty.
Zrobiło się już późno. Nie chciała oglądać telewizji. Nie była w nastroju, na kolejne, beznadziejne cokolwiek, płaskie rozrywki, a tym bardziej na horror albo inny, promujący agresję film z walkami wschodu albo gangami w amerykańskim stylu. Rozesłała łóżko, rozebrała i nałożyła piżamę. Na szczęście zdrowie jej dopisywało. Drobne przypadłości, ach to pestka. Znała ludzi, których dotknęło prawdziwe nieszczęście – rak. Właśnie Janka powiedziała jej kilka dni temu, że się pilnie wybiera do lekarza. Wyczuła drobny guzek na prawej piersi. Była przestraszona, tyle kobiet zmaga się z rakiem, robią mastektomię, usuwają im węzły chłonne, co później bardzo utrudnia życie. Wieczne masowanie ręki, aby nie zalegała chłonka powodująca obrzęki. Maria jej współczuła. Jak umiała, pocieszała ją, ale tylko Janka naprawdę wiedziała jak trzeba wspierać bliskich i potrafiła to skutecznie robić. Bóg obdarzył ją darem empatii,. A teraz obdarzył ją guzem. To niesprawiedliwe. Tacy ludzie nie powinni cierpieć, skoro zostali przeznaczeni do tego, aby pomagać innym.
Rozmawiały ostatnio, hipotetycznie oczywiście, o tym, czy należy godzić się w krytycznych momentach na oddanie organów innej nieznanej osobie. Maria nie mogła uwierzyć, że Jankę zajmują takie rzeczy. Ale to u niej normalne, spotykała się z ludźmi z różnych środowisk, organizacji, stowarzyszeń. Była bardzo praktykującą katoliczką. Znajdywała czas na wszystko. Maria podziwiała ją, lubiły ją też dziewczyny, Krysia i Ania. Ciocia Jania! Czy teraz poradzi sobie? Maria wierzyła, że da radę. Ale czy ona sama jest w stanie poradzić sobie z Anką? To oczywiście nie taki problem jak rak, ale widziała przecież jak się prowadzi. Ma ostentacyjny stosunek do wszystkiego, szczególnie do obowiązków. I bywa tak obcesowa, arogancka. Aż przykro. Znowu będzie musiała zasnąć z tym nie dającym spokoju odczuciem.

V.
‒ Soniu, jesteś rozkoszna. Facetów można mieć na pęczki, ale wiesz chodzi o menów.‒ Słowo „menów” Anka wyszeptała seksownym głosem zabarwionym chrypką. I prawie natychmiast zaśmiała się hałaśliwie. Ten śmiech ją wyróżniał. Rozmawiały właśnie o tym, jak polepszyć swoje życie w nadchodzącej przyszłości. Włosy opadające na ramiona Anka ufarbowała na rude, przechodzące w ciemniejszy, głęboki kasztan. Zrobiła sobie oko, znacznie je przyciemniając, i lekko zaznaczyła usta bladoróżową szminką. Wyglądała wspaniale Dziewczyny zauważyły od razu.
Anka postanowiła razem z Sonią i Bogną powitać nową dekadę swojego życia w Piekarni. Było to znana i modna dyskoteka, w pobliżu Powązek. Nie przychodziły tu bardzo często, jednak kultowa buda wydawała się najlepsza na tego rodzaju okazję. Muzyka, oczywiście była ważna, ale czy nie wszystko jedno kto i co gra, liczyła się dobra zabawa. I drinki wybierane ze starannością. Coś do smaku, coś dla rauszu i, oczywiście, dla oka. Jeden z DJ-ów pierwszej klasy, Glasse, bardzo dobrze znany bywalcom, szalał. Grał z niemal wszystkimi klubowymi gwiazdami, które dotychczas odwiedziły Polskę. Ściśle współpracował z innym znanym rezydentem Piekarni – DJ-em i dziennikarzem, Bertem. Albumy Global Underground rozpalały ciała i wyobraźnię. Na taką noc trzeba wydać trochę kasy, ale udało się im wyrwać wystarczającą kwotę na szaleństwo. Skąd? Każda znajdowała swój niepowtarzalny sposób. Najtrudniej było wydać pieniądze zarobione uczciwą pracą. Własne trudniej wydawać a należało je nieć. Jasne jak słońce! Były młode, praca się ich nie trzymała. Anka kilka dni temu została zatrudniona jako sekretarka w firmie handlowej, zajmującą się sprzętem AGD. To był dopiero obiecujący początek. Tylko początek.
Dziewczyny przekrzykiwały się, żeby głosem przebić się przez zagłuszającą muzykę, i systematycznie opróżniały przez słomki kolorową zawartość szklaneczek. Siedziały na kanapie pod lustrem. Lubiły obserwować z tego miejsca, co się dzieje na parkiecie.
‒ Spójrz Anka, tam, po lewej stronie. Widzisz tego faceta? Przystojniak i pasuje do ciebie.
Anka odwróciła głowę podążając za wskazującą ręką Bogny. Spoważniała. Wyglądało to jak grymas twarzy.
‒ No, owszem… Wysoki. Jest na co popatrzeć. – Chłopak wyglądał na starszego od nich, dawały mu co najmniej 25 lat. Męska twarz ze zdecydowanie zarysowaną szczęką z krótkim przyciemniającym ją zarostem, ciemny, zaczesany na bok blondyn ale bez przedziałka, i… oczy. – Tak oczy robią wrażenie, duże, ciemnopiwne. Pasują. Dodają szlachetności i… ‒ urwała nie chcąc zaplątać się w wyrażaniu swoich odczuć. Ale wiedziała od razu. Wpadła!
Sonia poderwała się. – Chodźmy, pobujamy się. – Złapała Ankę za ramię i wygramoliły się z kanapy. Za chwilę były obok mężczyzny wystawionego na strzał.
Anka miała dobre wyczucie rytmu, więc jej taniec mógł się podobać. Nie grzeszyła też skromnością, żeby wstydliwie odwracać głowę albo ukrywać zainteresowanie pod powiekami. Przymrużała oczy zalotnie patrząc prosto w upatrzony obiekt – była w stanie wyraźnie dać do zrozumienia, że jest zainteresowana. Zauważył.
‒ Hej. Cześć. Jestem Wojtek. Jak się macie dziewczyny? – przedstawił się bez namysłu.
‒ Anka, a to moje kumpele, Sonia i Bogna. – Dziewczyny zaśmiały się. – Często tu bywasz?
‒ Pierwszy raz. I jest okej.
‒ Sam?
‒ No tak. Chciałem się rozejrzeć. Słyszałem wiele dobrego o tej budzie. Sprawdzam.
‒ Jeśli chcesz, przysiądź się do nas. – Anka kuła żelazo póki gorące.
Usiedli, dziewczyny załatwiły kolejne drinki, Wojtek wziął piwo.
‒ Skąd jesteś? – Anka chciała o nim wiedzieć jak najwięcej, a to musiało być pierwsze pytanie.
‒ Z Legionowa.
Ta nazwa natychmiast przywołała wspomnienia. Anka pomyślała jak byli blisko obok siebie, on w Legionowie a ona nieopodal w Chotomowie. Taki przypadek.

Podjechał pod jej dom na motorze, ubrany jak rasowy motocyklista. Skórzana kurtka do pasa wysoko zapięta i dżinsy. Anka wybiegła z klatki. Potrząsnęła głową, żeby jej luźno rozpuszczone włosy nie wpadały do oczu. Postanowili w tę sobotę wybrać się za miasto. Od tamtego spotkania w Piekarni często wisieli na telefonach, co bardzo drażniło matkę Anki. Nie mogła zrozumieć, że tyle czasu można spędzać przy telefonie, bo o czym by niby mogli tak na okrągło ze sobą rozmawiać. Ple, ple, ple, o niczym ważnym.
Umówili się, że pojadą nad Zalew. Anka niejasno pamiętała plażę i przystań z czasów dzieciństwa. Wbiła się w jej pamięć z powodu ojca. Dlatego, że go straciła. Włożyła kask, który podał jej Wojtek i usiadła na tylnym siedzeniu ciasno obejmując go w pasie. Depnął i Hornet 600 wyrwał do przodu. Srebrno-czarny, dynamiczny, z owiewką, Tego jej było trzeba. Chłopaka na motorze, wiatru smagającego twarz, szybkości wywalającej adrenalinę. Kochała życie. Nieszablonowe, nietuzinkowe, pełne przygód i niespodzianek. Właśnie takie ją podniecało. Wojtek milczał pochylony z przodu nad kierownicą, mogła więc puszczać wodze fantazji. Dolatywał ją przemieszany z wiatrem zapach męskiej wody toaletowej. Przyjemny.
Okazało się, że przystań nie jest odpowiednia na biwak. Nic nie pozostało z tamtego, zatraconego już klimatu.
‒ Aniu podjedziemy gdzieś dalej, znajdziemy kawałek dzikiej plaży.
‒ No to dalej jazda – Powiedziała swoje „zgoda” i udało się im natrafić na kawałek trawiastego brzegu z widokiem na drugą, bardzo oddaloną stronę jeziora. Piękna pogoda. Na wodzie lekka bryza, od czasu do czasu bieliła ciemną toń zalewu.
Rozciągnęli duże, plażowe ręczniki i usiedli blisko siebie. Wojtek zdjął kurtkę i ściągnął westernową koszulę w kratę z cienkiej flaneli. Anka zauważyła dwa tatuaże jeden na piersi drugi na ramieniu. Dotknęła delikatnie tych miejsc.
‒ Opowiedz mi o nich.
‒ Dobrze, opowiem. – Wojtek spojrzał jej w oczy. Zauważyła, że jest dziwnie zmieniony na twarzy. Zmieszany? – Chcę cię najpierw pocałować.

Anka była szczęśliwa. Stała się nadmiernie gadatliwa, gestykulowała, zaśmiewała się co chwila. Wreszcie czas było zbierać się do powrotu. Ona nie mogła opanować emocji. Przytulała się, prześlizgiwała szczupłe, długie palce przez jego czuprynę. On odwzajemniał tę czułość pocałunkami.
‒ Zanim odwiozę cię do Warszawy wpadniemy po drodze do mnie. Możemy przecież wracać przez Legionowo. Poznasz moich rodziców, zobaczysz dom.
‒ Super! – Anka była dziś gotowa jechać nawet do samego Rzymu albo do pieczary diabła, albo odlecieć w kosmos. Niebo zmierzchało i być może już niebawem zobaczy swoją gwiazdę. Jaka ona będzie? Jaka ona jest?

Minęło kilka miesięcy. Czas przelatywał jak pośpieszny bez zatrzymywania na jakimkolwiek przystanku. Tyle się zdarzyło. Trudno ogarnąć. Młodzi działają tak szybko, tak bez namysłu, chcą wszystko otrzymywać i doznawać natychmiast, brać pełną garścią dary losu i stwarzać go na nowo. Anka stanęła prawie na głowie, żeby zdobyć prawo jazdy kategorii A. Dorówna Wojtkowi. Egzamin zdała w Ciechanowie. Najpierw w sprawie łatwego zdawania egzaminów przeprowadziła stosowną wywiadownię z Krysią. To było dobre miasto dla przyszłych kierowców. Mekka.
Postanowili, że pobiorą się na Boże Narodzenie. Rodzina Wojtka i Maria oczywiście pobłogosławili ten zamysł. Byli więc narzeczonymi. Sekundowały im Sonia i Bogna; będą druhnami. A Wojtek wybrał na drużbę, swojego najlepszego kumpla od motorów. Janka także nie wyobrażała sobie, że ominie ją wielka okazja ślubno-weselna, dlatego bezceremonialnie wprosiła się zanim młodzi zdołali w jej kierunku kiwnąć zapraszającym palcem. Ale najważniejsze, że młodzi poślubię będą mieli dziecko. Anka była już po wizycie u ginekologa, który potwierdził ciążę. Wojtek z radości zawył jak motor, kiedy powiedziała mu o dziecku. Zamierzali wkrótce sprawdzić czy to będzie syn. Nie byli w stanie czekać cierpliwie.
Minęło październikowe babie lato. Wojtek zapowiedział Annie, że przyjedzie w piątek po pracy. Dwudziestego czwartego października ustalą szczegóły związane ze ślubem i o tym gdzie zamieszkają po. Ania sięgnęła do kredensu. Postawiła na stole najlepszy wyrób jej matki, kruche owsiane ciasteczka, na jakimś szklanym, zielonkawym talerzu, pamiętającym pewnie jeszcze czasy jej babki. Zamyśliła się. Wydawało się, że bez powodu. W pewnej, wyjątkowej chwili. Czuła się wyjątkowo, inaczej niż zwykle. Nieczęsto można było ją zobaczyć wpatrzoną w swoje wnętrze. Zazwyczaj reagowała impulsywnie na każdy ruch, na każdą zmianę w otoczeniu. Bystra, wścibska, odszczekująca się za każdy drobny przytyk. Dziewczyna z krótkim lontem, z iskrą w środku. Powolnym ruchem sięgnęła po ciasteczko.

VI.
Krysia siedziała przy oknie po lewej stronie przedziału i wpatrywała w uciekające za oknem obrazy. Jechała do matki. Tyle się wydarzyło, aż trudno pojąć jak los igra z człowiekiem, niezależnie od tego czy jest dobry czy w gruncie rzeczy zły, co było mu pisane do przejścia, czy zawinił, czy wręcz przeciwnie odkupił na wyrost swoje winy. Ot chociażby wieloletnim pobytem w pozbawionym matczynej miłości domu dziecka.
‒ Ech… - gdzieś z głębi wyrwała jej się ta cicha rezygnacja. Pociąg przejechał krótki most na Wkrze w Pomiechówku. Za oknem po chwili roztoczyła się rozległa, płaska przestrzeń łąk zalewowych Narwi, na kilometr a być może dobre dwa przed ujściem do Wisły. Za nią sterczał w oddali dobrze widoczny fabryczny komin firmy Reckitt Benckiser produkującej środki czyszczące. Nadnaturalnie wyrastał ponad panoramą niskich zabudowań Nowego Dworu. Niebawem pociąg wjedzie na most nad Narwią i pociąg szerokim łukiem zmieni kierunek prawie o 180° i skieruje się już prosto do Warszawy. Po drodze minie jeszcze niezapomniany Chotomów, na zawsze wryty w świadomość symbol dziecięcej krzywdy. I znów nadbiegła myśl o Ance. O tym co ją spotkało.
Historia z Anką wywołała z pamięci jej własne wesele. Miało się przed nimi otworzyć nowe życie. Bronek był niemal w euforii. „Cieszy się wariat ze szczęścia.” – zapamiętała, że tak wtedy myślała. Ona, która sama dozowała swoje uczucia z pewnym opóźnieniem. Uśmiechała się, kiedy była pogodna, ale nigdy nie śmiała się głośno, jak to czyni podochocona gawiedź w cyrku na widok klowna. Rechot, ha, ha, ha! Wzdrygnęło nią. Przed jej oczami jak żywy stanął obraz świeżo poślubionego męża, który musiał wypić za dużo, skoro stracił panowanie nad własnym zachowaniem. Wspomniała, co usłyszała od zaniepokojonej matki.
‒ Krysiu, nie martwi cię to? On się wcześniej przy tobie nie upijał? – Maria pamiętała własnego szwagra, który nie wylewał za kołnierz i niszczył swoją rodzinę. Systematycznie krok po kroku, rok za rokiem, aż pozostała ruina domostwa.
‒ Mamo daj spokój. Nie zapanował nad sobą, bo się cieszy. A wcześniej? Nie widziałam.
‒ Ale wiesz, to wasze wesele i pan młody powinien trzymać fason.
Uwaga matki okazała się prorocza. Bronek z kumplami co rusz znajdował okazje do chlania. Chlania, tak to oceniała Krystyna, której nie było do śmiechu. Awantury w domu psuły sielskość młodych małżonków. Pytała, dlaczego, dlaczego nie możesz zapanować?
‒ Nie przesadzaj. Facet musi od czasu do czasu. – Parował riposty. – Co mam kumplom powiedzieć, żona zabrania?
‒ Ale po wódce stajesz się agresywny, zaczynam się ciebie bać. Nieraz myślę, czy właśnie za takiego człowieka wyszłam, który nie może się opanować? – Powoli kiełkowało w niej uczucie żalu. Coraz częściej myślała, że ich ślub był przedwczesny i stał się wielką pomyłką.
Spirala rozmowy małżonków nakręcała się. Padały coraz ostrzejsze słowa, raniły, obrona wywoływała dalszą agresję. Wreszcie poddawał się, trzaskał drzwiami i nie było go już w domu. Pozostawała niczego nie rozstrzygająca cisza. Rósł strach, co się stanie po jego powrocie. Czy pójdzie spać czy rzuci się na nią – jak jej osobisty wróg. To było wbrew naturze Krystyny. Nie o takim domu marzyła. Nie o takim życiu…

Wiadomość o śmierci Wojtka nadeszła jak z nierealnego świata. Zatelefonowała do niej matka. Mówiła trzęsącym się głosem, bardziej niż zwykle, bo tembr głosu Marii zawsze pobrzmiewał drżeniem.
‒ Usiądź Krysiu, proszę. Powinna zadzwonić Ania, ale nie dałaby rady. Wojtek jechał do nas. Mieliśmy omówić szczegóły ich ślubu. Spóźniał się. I nie dojechał. Dzwoniłyśmy do rodziców. Byli zdziwieni. – Maria mówiła krótkimi, urywanymi zdaniami. – Wreszcie rano przyjechał jego ojciec. „Wojtek miał wypadek” powiedział. „Zginął na miejscu pod ciężarówką”. ‒ Przerwała na krótki moment. A potem dokończyła. – Zamurowało nas. Jego ojciec miał łzy w oczach. Anka wykrzyknęła „Kurwa!’ i wybiegła z domu.
Maria nie była w stanie mówić dalej. Zaległa cisza, dla Krystyny była to wiadomość hiobowa. W jednym chwili pomyślała o Ance. Jak ona da sobie teraz radę?
‒ Mamo, przecież oni będą mieli dziecko!

Janek urodził się ale nie było mu dane zobaczyć ojca. Śliczny chłopiec, zauważyła Krystyna na chrzcinach. Nie była to uroczystość radosna, raczej smutna. Upłynęło dopiero kilka miesięcy od pogrzebu Wojtka na cmentarzu w Legionowie. Drzewa prawie straciły liście, żółte wierzchołki brzóz kołysały się na wietrze niby enigmatyczna pamięć. Ulotna i nostalgiczna. Padał deszcz. Jak owego, pamiętnego dnia, w którym wszystko skończyło się dla zakochanego Wojtka. Mokra ciemna szosa i krach. W jednej chwili rozpadł się czyjś doczesny, obiecujący świat.

Coraz bliżej Warszawy. Myśli Krystyny zaczęły krążyć jako stado gawronów, podobne do tego, które nagle pojawiło się w oknie i po chwili zostało z tyłu za pociągiem. Postanowiła ostatecznie, że nie będzie dalszego ciągu z Bronkiem, wciąż jednak błąkały się nawracające strzępy wspomnień. Dobrych, a nawet najlepszych chwil, kiedy czuła, że kocha. I wydawało jej się, że jest kochana. Miało być aż do śmierci. Ale zrozumiała już co oznacza zaślepienie miłością. Nie widzi się wad, jedynie wyidealizowany obraz partnera. Ona, polonistka, naczytała się książek, poznała losy rozmaitych ckliwych i heroicznych bohaterów, również najpierw otumanionych miłością a następnie rozczarowanych. Nie potrafiła jednak przewidzieć własnego losu. Z błędów młodzi małżonkowie nie wyciągnęli w odpowiednim czasie wniosków w sprawie własnego życia. Zatem rozwód wydał jej się jedynym skutecznych rozwiązaniem pętli jaka zaciskała się wokół niej. W ich małżeństwie zaistniał pat i nie pozwalał prowadzić normalnego życia. Bronek coraz bardziej budził w niej nieodpartą niechęć. Nawet wstręt. Ta przemiana wydarzyła się w przeciągu kilku lat. To nie była nawet część wieczności, to tylko kilka lat. Głupich. Straconych? Nie oczekiwała już poprawy, bo naczytała się o istocie uzależnienia alkoholowego. I nie chciała zostać uzależnioną żoną. Wiele żon cierpiało przez lata, bo nie potrafiły wyrwać się z piekiełka wyprawionego przez pijących mężów. Ona jednak, bardziej świadoma, musiała to zrobić, bo zrozumiała, że nie jest sobą w szkole. Ona nauczycielka, która zdążyła zaskarbić sobie zaufanie kolegów, uczniowie lgnęli do niej z powodu jej przyjaznego usposobienia. A teraz, w ów uosabiający ją spokój wdarły się rozmaite, burzące ten wizerunek niepokoje. Nie mogła pozwolić, aby Bronek zrujnował albo pozbawił sensu jej życie. Właśnie o tym zamierzała powiedzieć matce. O tym, co zostało już przesądzone.
Pociąg zatrzymał się na Dworcu Gdańskim. Podążyła za innymi pasażerami na peron i spokojnie zaczęła schodzić do tunelu.

VII.
Na werandzie było zimno jak diabli. Chodzili do pobliskiego lasu po chrust, który wybierali z głębokiego śniegu. Taki był początek nowego życia Anki.
Zatrzymali się w Nędzówce. On niejednokrotnie bywał na szkoleniu dla pilotów w Groniku. Obie miejscowości znajdują się tuż obok siebie pod reglami. Zima w górach nie rozpieszczała nowicjuszy bez domu. Na szczęście gaździna wygospodarowała ten zimny kąt dla nich, zanim nie znajdą czegoś lepszego. Zawsze to kawałek dachu nad głową. Nie było przecież ich stać na hotel. Miłość, która nie wybiera czasem potrzebuje pświęcenia.

Anka przebolała swoją pierwszą miłość, która zakończyła się tak tragicznie. Powoli zapominała, że kiedy wykiełkowało w niej uczucie, widok Wojtka na motorze podniecał jej wyobraźnię. Było romantycznie. Bosko. Mogli żyć jak wolne ptaki. Wyzwalała ich szybka jazda, niczym nieograniczona obecność w przestrzeni. Tak czują się wolne ptaki. Po wypadku nie wiedziała czy powinna znienawidzić motocykle czy parszywy los. Nie będzie już Wojtka nigdy. Czyżby była napiętnowana? Pobyt w domu dziecka, brak wystarczających środków na lekkie życie. Praca ‒ byle jaka. Ale przecież o tym wszystkim nie pamiętała, kiedy kochała się z Wojtkiem. Był jak letnia burza, która przychodziła nie wiadomo skąd, ogarniała ją całą i przenikała wskroś.
Długo nie miała pomysłu na nowe życie bez Wojtka. Urodziła wkrótce. Janek będzie podobny do Wojtka, myślała, to dobrze. Ale jej radość wciąż była przygaszona. Jedynie Maria poczuła przypływ świeżych sił. Być może skończy się ta obcesowość i arogancja córki wobec niej. To lekceważące traktowanie. Czy któraś z nich była wyrodna? Maria rozumiała swój grzech, ale nie mogła cofnąć czasu. Przepadło. Teraz maleńki Janek dodawał nowych impulsów. Ożywiona pomagała Ance w opiece, jak mogła.
Tymczasem Anka coraz bardziej odczuwała w domu brak powietrza. Żałoba powoli wygasała. Czuła nieokreślony niepokój, który wytrącał ją z równowagi. Kumpelki powoli powróciły na dawne miejsce w jej życiu. Nie było już Wojtka, który je wyeliminował na czas narzeczeństwa. Niedoszli teściowe też jakoś gdzieś odpłynęli w niebyt codziennej rzeczywistości. Kontakty stawały się coraz rzadsze. Nawet wnuk nie zdołał ich zbliżyć.
Anka nie mogła zaakceptować także rozstania Krystyny z Bronkiem. Lubiła go, był towarzyski, gość do rzeczy. Pił, wielu pije. Ale rozwalić małżeństwo? Jednak współczuła Krysi, którą idealizowała. Jej wytrwałość w dążeniu do wykształcenia, spokój, nawet kiedy się pokłóciły, przyznawała jej w duchu rację, mimo że bez żenady obrzucała inwektywami. Czy obie były napiętnowane? Pytała:
‒ Kryśka, za co nas to spotyka. Ty rozwódka, ja prawie wdowa z dzieckiem, jakby bękartem?
‒ Aniu, zwyczajne życie. Nie mamy wyłączności na bieg wydarzeń.
‒ A może to fatum? Jakieś rodzinne grzeszki z przeszłości babki, albo licho wie kogo?
‒ Jeśli były, to nie dotyczyły nas. Ścielimy sobie same.
O tak. Anka wiedziała swoje. Ona ma wpływ na zdarzenia, które ją spotykają. Nie czuła jednak żadnej odpowiedzialności za śmierć Wojtka. Mimo, że właśnie do niej wtedy jechał. Nie chciała obarczać się garbem wielkiej winy. Musiała żyć dalej. Lubiła życie, najbardziej lekkie. Wiedziała, że Wojtka nigdy nie zapomni. Na nowo jednak zaczęła bywać w świecie z Bogną i Sonią.
Kazika poznała przy barze. Zrządzenie losu. Sporo od niej starszy i znacznie niższy. Wyglądała przy nim jak wieża. Niby Guliwerka garbiła się próbując zniwelować kontrast. Bar ich łączył, chociaż sam w sobie nie rozwiązywał ich problemów. Pochyleni ku sobie, stopniowo zaczęli odczuwać wspólnotę dusz.
‒ Aniu, cudownie, że poznałem ciebie. Z tobą można konie kraść – zapewniał. Twarz mu jaśniała. – Pomyśl, że sami możemy decydować o sobie. Być tam, gdzie chcemy. I robić, co chcemy. Zależy to tylko od nas.
‒ Hamuj się wariacie! – Anka popchnęła go lekkim ruchem ręki. Przyjaznym, to było w jej stylu. – Na razie masz żonę. Więc o czym mowa?
‒ Przecież powiedziałem ci, że między nami wszystko już siadło. Ona mnie wciąż popycha. Zrób to, zrób tamto. Jesteś pilotem to winduj się. Już dawno powinieneś awansować. Musisz być przebojowy, inaczej nigdy nie dostaniesz majora.
Kazik zdążył już opowiedzieć Ance całą historię o rozmijaniu się z żoną. O oddaleniu. Czuł się całkowicie nierozumiany. Żona nie miała tego luzu, który według niego był ważnym elementem życia. Krępowała go, dlatego odsuwał się coraz bardziej. Aż pękło.
‒ Anka! Wyjedźmy jak najdalej.
‒ Głupi, nie mogę. Mam syna i nie mogę zostawić go matce. Nie da sobie rady sama.
I rozmawiali dalej. On nie żałował pieniędzy na kolorowe drinki. Lubiła życie z kolorowymi drinkami i facetów, których było na nie stać. Zbliżyli się. Krystalizował się pomysł wyrwania z Warszawy w świat przygody. Maria będzie ukarana za los córek, niech opiekuje się małym Jankiem.

Zima zimą. Anka musiała znaleźć sobie jakieś płatne zajęcie. Nie łatwo w czasie dużego bezrobocia znaleźć cokolwiek. Odwiedziła kilka biur. Ance nie brakowało uroku osobistego i on chyba najbardziej mógł pomóc. Poza tym razem z Kazikiem odwiedzili w Zakopanym kilka lokali, poznawali ludzi. Wreszcie dostała pracę a gazdowie z sąsiedztwa, niedaleko od ich osławionej werandy wynajęli im pokój na piętrze. Góralski, stylowy dom dał im wreszcie odetchnąć. Folklor na co dzień. Czasem wieczorem siadali na dole w kuchni z gospodarzami i poznawali smaczki ich życia. Nawet wtedy, gdy gazda nawalony po niedzielnej mszy wracał i widząc, że gaździna zawarła drzwi z furią rozrąbywał je siekierą. Następnego dnia jako porządny gospodarz potulnie przystępował do naprawy wyrządzonej szkody. Nie po raz pierwszy i nie ostatni.
Kazik był pilotem artystą. Miał wrodzoną smykałkę do wypalania wizerunków na drewnianych deszczułkach. Bardzo dobrze sprawdzał się w tych pracach motyw głowy Chrystusa. Także inne motywy artystyczne na drewnie lub malowane na szkle mogły konkurować z pracami rodowitych górali. Czasem udawało mu się sprzedać niektóre z tych prac.
Było im coraz łatwiej. Anka obecność w Tatrach traktowała bez żadnych specjalnych względów dla wyjątkowości tego miejsca. Nie wzruszało ją piękno natury, nie umiała się roztkliwiać nad byle widoczkiem, nad kwiatkiem, nad pagórkiem. Ale któregoś dnia zapragnęła wreszcie pójść w góry. Pierwszą wycieczkę zaplanowali pewnej wrześniowej niedzieli. Była piękna pogoda późnego lata. Zabrali prowiant i napoje, w tym wyskokowe, i szeroką bramą gór w Kirach weszli w dolinę Kościeliską. Najpierw droga prowadziła jak gościniec rozległą, długą, może na kilometr doliną za reglami. Następnie przed mostkiem nad potokiem skręcili w lewo i zaczęli piąć się szlakiem nieopodal Hrubego Regla w kierunku doliny Miętusiej. Niżnia Miętusia Rówień. Rozłożyli rzeczy i konsumując podziwiali majestat Czerwonych Wierchów. Nazwa idealnie trafiona z powodu barwy wierzchołków pokrytych rudymi, czerwonawymi porostami. Wobec tego majestatu odczuli teraz wzajemną bliskość, z dala od codziennych trosk i małych ludzkich spraw.
‒ Wiesz Kaziu, kocham cię, aż mnie to dziwi – Anki wyznanie brzmiało jak znienacka ujawniony sekret.
‒ Anuś. Wiem. – I przytulił się wpatrzony nie tylko w Krzesanicę, ale jakby gdzieś dalej poza nią. I tak zapatrzony stawał się nieobecny.

Nieszczęścia nie zapowiadają się. Coś staje się nagle, niespodziewanie i zaraz po wielkim zaskoczeniu, oniemieniu, w piersi rodzi się ból. I krzyczy pytanie: Dlaczego? Anka właściwie nie mogła niczego podejrzewać. Nie dostrzegła żadnych niepokojących oznak. Wróciła z pracy jak zwykle późnym popołudniem. Rzuciła torebkę na stół i stanęła jak wryta przed Kazikiem. Kazik czekał na nią. Czekał na nią widocznie. Spakowane rzeczy stały obok na podłodze. W oczach Anki pojawiło się zdumienie.
‒ Muszę pilnie wyjechać. Zadzwoniła żona i nie mam wyjścia. Muszę. Mam nocny pociąg. Zaraz wychodzę.
‒ Ale co, jak, dlaczego? Co ty gadasz skurwielu? Gdzie? Do niej? A po co? Co wy jeszcze macie ze sobą?
‒ Nie zrozumiesz. Muszę. Nie mogę ci tego wyjaśnić.
‒ Uciekasz tchórzu. Ja wiem, uciekasz. Dupek! Spierdalaj!
To nie było rozstanie. To był jego odwrót. A ona? Znowu los ją sprawdzał. Jej wytrzymałość na zaskakujące zwroty życiowe.

VIII.
Pociąg od Krakowa wlókł się niemiłosiernie. Góra, dół, góra, dół, a na dobitkę zmiana kierunku. Raz do przodu, raz tyłem. Maria była zdezorientowana. Za Nowym Targiem szlak kolejowy wyprostował się. Minęli kolejno Szaflary, Biały Dunajec, wreszcie Poronin. Marii przypomniał się wiersz Tuwima. Na małej stacji, w wiosce Poronin, / Gdzie pociąg stanął przy zgrzycie szyn, / Wysiadł z wagonu ojciec, a po nim / Raźno na peron wyskoczył syn. Lenin mocno wżarł się w pamięć Polaków wychowanych w socjalizmie.
Janek skończył już trzy latka. Nie naprzykrzał się w podróży. Kochany dzieciak ‒ myślała Maria, która niemal z dnia na dzień załatwiła sobie urlop z możliwością przedłużenia jako bezpłatny. Anka niemal błagała.
‒ Mamo, przyjedźcie jak najprędzej. Ten skurwysyn załatwił mnie na cacy. Nie dam rady być tutaj sama. Zupełnie bez nikogo.
‒ Jak to sobie wyobrażasz? Że gwizdniesz a ja wsadzę sobie piórko i fru, będę jak na zawołanie. Czy ty wiesz, ile będzie załatwiania? A na dodatek mały Janek.
‒ Nie marudź, dasz radę. Wszystko przygotuję, żeby było wam wygodnie. Stęskniłam się za Jankiem. Za tobą też, przecież wiesz.
Wysiedli z pociągu schodząc ostrożnie na niski peron, z trudem dźwigając ciężką, skajową walizkę. Anka wypatrzyła ich i za chwilę podbiegła. Płakały obie. Janek zadarł głowę i dziwił się znanej i nieznanej kobiecie.

Anka na ich przyjazd przygotowała pokój jak należy. Od przyjaciółki w pracy pożyczyła łóżeczko z myślą o Janku. Maria nigdy nie była w Zakopanem. Widok gór poruszył ją. Od chwili przyjazdu każdy dzień dawał jej nowe przeżycie związane z górami. Regle ukryte w gęstwie świerków. Giewont z krzyżem na szczycie widoczny z tylu miejsc. I ta rozległa panorama Tatr widziana z Gubałówki.
‒ Dziękuję ci Aniu, że mnie tutaj sprowadziłaś. Tych widoków nigdy już nie zapomnę. Widzisz Jasiu, tam daleko na szczytach leży śnieg. I chmury o nie zahaczają. Spójrz tam, po prawej. – Maria wyciągnęła rękę.
‒ Babciu, babciu, biały pies!
Jasiek zobaczył owczarka u nogi górala ubranego w okrągły filcowy kapelusz z krótkim rondem, cuchę, serdak i portki z białego sukna z ozdobnymi parzenicami.
‒ Co teraz Aniu zamierzasz? Zostaniesz tutaj czy chcesz wrócić?
‒ Nie mamo, nie wracam. Tutaj mam pracę. Jeśli wyjedziesz, Jaś zostanie ze mną. Poradzę sobie. Myślę, że ucieczka tego drania jeszcze bardziej mnie wzmocniła. Ale twój przyjazd był mi bardzo potrzebny.
‒ Krystyna też się zmartwiła. – Maria musiała przypomnieć jej siostrę. – Po rozwodzie jakoś się pozbierała i mówi, że jest teraz spokojna. Praca dodaje jej energii.
‒ Wiem, wiem, Kryśki nic nie zmoże. Ale co ona może wiedzieć o facetach?

Dni mijały. Anka wychodziła rano do biura, Maria gotowała obiad, chodziła po zakupy do najbliższego sklepu na drodze do Kościeliska. Sporo czasu spędzała z gaździną na pogaduszkach. Przypadły sobie do gustu. Nieraz doradzały sobie z gospodynią w sprawach kulinarnych i zwykłych, życiowych. Maria wybierała się na długie spacery z Jankiem, zaglądając po drodze do pobliskiego lasu. Lubiła zbierać grzyby.
Anka, albo wracała z pracy prosto do domu, albo nie. Nie mogła wyzbyć się przyjemności życia towarzyskiego. Chodziła z nowo poznanymi koleżankami do knajpy, na wódkę, na tańce i razem z nimi czekała na okazję od miejscowych chłopaków. W towarzystwie zapominała całkiem o porzuceniu. Znowu była sobą. Śmiejącą się, głośną, gestykulującą, czasem filuternie grała rolę małej, niedopieszczonej dziewczynki. Włosy wciąż długie farbowała na blondynkę. Nie zdradzała się przeszłością. Ale czy przeszłość ją poniżała, dezawuowała jakoś? Absolutnie nic z tych rzeczy. Wystarczyło być w jej pobliżu, zatracić się w bieżącej rozmowie nie dociekając niczego, zatrzymywać na chwilę jej rękę w swojej. Przypadła do gustu Jędrkowi. Starał się bywać w jej towarzystwie jak najczęściej. Zaprosił ją na spotkanie sam na sam, co można nawet uznać umówieniem się na randkę. Zgodziła się.
Maria z wyrzutem spoglądała na córkę powracającą późną nocą do domu. Ale nie robiła jej wymówek. Po co? Nie można jej teraz zacząć wychowywać na nowo. Jest dobrze jeśli nie warczy, nie odpyskowuje matce z byle jakiego powodu. W milczeniu trawiła niepokojące ją postępowanie Anki. Kiedy się ustatkuje? Jak ułoży sobie życie? Zasypiała wreszcie po godzinie rozmyślań, ale wiele razy sen nie przynosił jej odpoczynku. Czasem odwrócona twarzą do ściany cicho popłakiwała, zanim nie zasnęła na dobre.
Któregoś dnia zagadała:
‒ Aniu, planuję jechać do Warszawy. Za kilka dni. Nie mogę już przedłużać urlopu. Na dodatek Krysia chce się ze mną zobaczyć. Załatwiła sobie wycieczkę autokarową do Włoch. Pierwszy raz wyjedzie za granicę.
‒ Niech jedzie, w dupie z nią. Ma chęć, to proszę. Ja muszę tu tyrać. I ty jedź. Jedź do niej, do kochanej córeczki. – Anka od razu stała się podirytowana.
‒ Przestań. Co cię znowu ugryzło? Już nie wiadomo jak z tobą rozmawiać. Aż się boję odezwać.
‒ Mam przesrane. Ale nie bój się. Jeszcze i ja wygram swój los. Jasia będę zaprowadzać do przedszkola. Prawda Jasiu? Chodź do mamusi, przytul się.‒ Przygarnęła chłopca.

W niedzielę wybrały się razem na spacer po Krupówkach. Ruch Marię oszałamiał. Patrzyła na turystów młodych i starych, wielu z plecakami. Prawie nikt się nie śpieszył. Co kilkanaście metrów stragany mamiły oscypkami i bundzem. Na dole Krupówek cały ciąg kramów oferował niezliczone ilości towarów: błamy owcze, kierpce, góralskie chusty, skarpety z owczej wełny, ciupagi, drewniane ozdobne talerze, ptaszki gliniane, świstawki à la świstaki. Jasio dzielnie dreptał wymachując małą ciupagą, matka z córką pogryzały oscypki.
Nie mówiły wiele. Prawie wszystko zostało już powiedziane. Przyglądały się tylko życiu, które dookoła nich kipiało. Tysiące ludzi z własnymi problemami, nieszczęśliwych być może, ale ogromna większość zadowolonych, uśmiechniętych, ba, zapewne i szczęśliwych. Ance Zakopane naprawdę przypadło do serca. Maria zaraz wyjedzie do swoich trosk i rozmyślań. Spotka się z Krystyną, i na pewno z Janką. Bardzo ją lubiła. Znały się już tyle lat i Janka nigdy nie zawiodła, nawet gdy było bardzo ciężko.

Po powrocie ze spaceru w domu czekał na nie telegram. Taka wiadomość raczej nie wróży niczego dobrego. Nikt nie wychodził za mąż, nikt nie miał urodzin ani imienin. Więc? Anka pośpiesznie rozłożyła kartkę, Telegram wysłał do niej Bronek. Ki diabeł?
„Aniu. Krysia miała wypadek samochodowy. Jest w ciężkim stanie w szpitalu na Banacha. Tak mi przykro.”
‒ Anka, co to? Czytaj na głos.
Anka podała matce papier bez słowa. Czuła, że los znowu pokazał swój pazur. Już drugi raz szarpnął mocno. Tak mocno, że bolała świadomość. Marii drżały usta. Nie wydając głosu osunęła się na krzesło. Jęknęło pod ciężarem.

IX.
Boże Narodzenie 2008 roku nie przyniosło uspokojenia. Ani w Zakopanem, ani tym bardziej w Warszawie. Anka po hiobowej wieści od Bronka pomogła matce wyprawić się z powrotem. Ale powiedziała jej tylko ‒ Nie powinnaś być samotna. I wysłała ją razem z Jasiem. Pomyślała, że tutaj nie poradzi sobie z małym chłopcem. Maria ratowała się nianią, leciwą sąsiadką, która za niewielkie grosze opiekowała się Jankiem w ciągu dnia pracy. Tym razem matka nie oponowała. Musi to wytrzymać. Odpokutować.
Okazało się, że Krysia znajduje się w śpiączce po znacznym uszkodzeniu mózgu. Kierowca zginął na miejscu, koleżance dopisało znacznie więcej szczęścia. Tylko trochę niegroźnych stłuczeń. Już została wypisana ze szpitala i wróciła do siebie. Wszystko stało się w pobliżu Warszawy, tuż za Dziekanowem. TIR przed nimi nagle zahamował. Jezdnia była mokra, wpadli w poślizg. Samochód z tyłu dopełnił reszty. Uderzyli w TIR-a skręcając raptownie w prawo. Uderzenie było tak mocne, że Krystyna nie miała szans aby się uchronić przed tragicznym urazem. Pragnienie doznania wartościowych przeżyć artystycznych okazało się zwodne. Upiór w operze, który z wielkim powodzeniem był wystawiany przez Teatr Roma, w rezultacie okazał się upiornym przyczynkiem ich tragedii.
Po wykonaniu tomografii chirurdzy usiłowali odbarczyć czaszkę, co częściowo się powiodło. Ale postępujący obrzęk mózgu wyłączył ważne funkcje życiowe. Utrzymywała się przy życiu jedynie dzięki podłączeniu do aparatury podtrzymującej. Lekarze nie dawali Marii prawie żadnej nadziei. Ale ona trwała w przekonaniu, że dopóki żyje, istnieje choćby minimalna szansa na powrót świadomości. Nawet gdyby miała być do końca życia kaleką. Maria nie pamiętała kiedy modliła się ostatni raz. Janka, jak dobry duch powadziła Marię niemal za rękę po fali przypływu zwątpienia. Maria kluczyła od maniakalnej wiary w boską moc uzdrawiania po przeklinanie losu.

Anka wiedziała od matki o wszystkim co dotyczyło Krysi. Ale znajdowała się daleko od epicentrum bólu. Odsuwała od siebie myśl, że powinna była pojechać tam, do Krystyny pogrążonej w nieuleczalnym śnie. Do zranionej matki. Tam, to było daleko i kosztowało. Czy ją naprawdę stać na bilet? Ledwie sobie mogła pozwolić na kosmetyki, bez których nie mogła się obejść. A te przecież były drogie, zwłaszcza bardziej markowe. Musiała się ratować, żeby nie zwariować od myślenia o tych wszystkich nieszczęściach. Poszukiwała wsparcia. Chciała, żeby ktoś ją objął mocno, jak najmocniej, tak aby mogła się w tym objęciu zapomnieć. Cieszyć chwilą. Pomagał jej w tym Jędrek. Ich wzajemna więź niepostrzeżenie się zacieśniała. Spędzali coraz więcej czasu razem. Czasami udawało się jej znowu śmiać. Nie rozpamiętywała przykrych spraw. Synek nieobecny w jej życiu coraz rzadziej był powodem wyrzutów sumienia. Jaką była matką?
‒ Jędruś, czy myślisz, że ja jestem dobrą matką? – Chciała znaleźć poparcie z zewnątrz.
‒ Co ja myślę? To nieważne. Sama wiesz najlepiej. Ogarniesz się, zarobisz, załatwisz tu w Zakopanem mieszkanie komunalne. Wtedy sprowadzisz Janka. Zobaczysz, jeszcze się urządzisz. – Zaśmiał się. Pociągnął długi łyk Harnasia i spojrzał prosto w oczy Anki. – Co tak na mnie patrzysz?
‒ Może z tobą, co? Urządzę się.
Oboje wybuchnęli śmiechem, pokrywając nim zakłopotanie. Po chwili Jędrek ujął jej dłoń w swoje. Ciepłe. „Męskie” pomyślała.

Pewnego dnia pod koniec zimy do Marii przyjechał Bartek.
‒ Nawet nie wiesz jak mi przykro. Nigdy nie przestałem kochać Kryśki. – Popatrzył na nią smutno. Marii wydało się, że jest jakiś schludny, zadbany. Inny niż zachowany w jej pamięci obraz zięcia.
‒ Od tego wypadku przestałem pić. Dziwisz się pewnie. Sam jestem tym zaskoczony. Nie upłynęło jeszcze wiele czasu, ale kto wie, może się uda. W czym mógłbym ci pomóc?
‒ Nic nie możesz zrobić. Może tylko doradzić. Nie wiem co powinnam zrobić. Lekarze proszą mnie o decyzję w sprawie odłączenia Krysi. od aparatury podtrzymującej jej funkcje biologiczne. Mówią, że w zasadzie ona jest już martwa. Nastąpiła śmierć mózgu, ja nie mogę o tym tak spokojnie mówić. Oni sztucznie podtrzymują jej życie.
‒ Nie uwierzę?
‒ To prawda. Janka, wiesz, ta moja bliska znajoma, podpowiada, żeby pozwolić na pobranie organów. Nie jestem przekonana, wzdrygam się. Lekarze nie naciskają ale mówią, że w ten sposób Krysia żyć będzie nadal… w innych osobach, które czekają na pomoc… ‒ przestała mówić Siedziała naprzeciw Bronka jakaś bezradna.
Patrzył na nią uważnie. Zobaczył to w niej. Starą kobietę. Wyglądała jakby się od tego nieszczęścia bardzo posunęła. Czy mógłby jej cokolwiek doradzić? Poniekąd nabył do tego trochę prawa. On, były mąż. Był przecież czas kiedy się kochali. Szkoda, wielka szkoda.
‒ Ta… Może jest w tym racja. Nic co powiem, nie będzie przesądzało. Ale jeśli postanowisz że tak, zrozumiem i będę cię w tym wspierał. ‒ Bronek poczuł, że powiedział to, co należało powiedzieć.

Anka zaraz na początku kwietnia dowiedziała się, co w sprawie Krysi postanowiła matka. Czy ona była w stanie cokolwiek z tego zrozumieć? Tego nie da się tak po prostu ogarnąć rozumem. Przecież każdy czuje. Ma w sobie serce, żeby czuć. Nie zgodzić się? Mogła stawiać sobie to pytanie. Nawet mimo tego, że nosiła przy sobie zgodę na to, aby być dawcą. Postanowiła tak po wypadku Wojtka. Może jakiś inny Wojtek będzie gdzieś czekał. Takie postanowienie było prawie nie do pojęcia, sprzeczne z jej charakterem. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ale jak widać pozory mylą. Jędrek wykazał góralską twardość i powiedział Ance, że popiera decyzję matki.

Była piękna pogoda. Postanowili skorzystać z wiosennej oferty i pojechali motorem do Chochołowskiej. Motor zostawią i pójdą w dolinę na długi, bardzo długi spacer. Układało się między nimi coraz lepiej. Jak to będzie, gdy zostanie góralką? Będzie chodzić w kierpcach, założy spódnicę w kwiatowy deseń? Rozbawiła ją ta myśl. Szli dość żwawo, wciąż wyżej, upajając się pełnym tlenu powietrzem, zapachem lasu. Śnieg jeszcze leżał na szlaku, dlatego założyli dobre do wędrówki buty. Udało się im dotrzeć aż do schroniska na polanie. Duże, z kamienia, kryte gontem. Roztaczał się stąd widok na wysokie góry. Poznawali je ‒ Wołowiec, Grześ i Łuczniańska Przełęcz.
Zgłodnieli. Weszli do środka. Wzięli po kiełbasie z musztardą i herbatę. Całą izbę wypełniali turyści. Próbowali rozmawiać poprzez otaczający ich gwar. Gdyby nie Krystyna, Anka byłaby w pełni szczęśliwa. Wielokilometrowy marsz. I ten niebrzydki góral z fantazją. Dobry na dni poważne i radosne uspasabiające do wypitki.
‒ Chcę się wybrać do Krakowa na zakupy. Sama, bo nie chcę żebyś łaził za mną po sklepach. Jędruś wiesz, że mnie nosi. Pożyczysz motor?
‒ Ale czy dasz radę? To długa i niebezpieczna droga. Przecież nie masz zbyt dużej wprawy. – Jędrek miał uzasadnione wątpliwości.
‒ Nie zrzędź. Pożyczysz czy nie?
‒ Aniu, nie odmówię.

Jeszcze zanim Anka ruszyła w drogę, Maria dała jej znać co postanowiła ostatecznie w sprawie Krysi. Anka przeczuwała, że tak będzie.
Była dobrej myśli. Pogoda sprzyjała. Słońce. Lekki wiatr. Zakupy w Wielkim Tygodniu były konieczne. Nawet, jako osoba wciąż jeszcze samotna chciała poczuć wielkanocne smaki. Przygotowała się do wyjazdu jak należy. Przede wszystkim miała wystarczającą ilość gotówki. Już widziała jak mile spędzi dzień w Krakowie. Bez pośpiechu, rozejrzy się porządnie, wchłonie atmosferę wielkiego miasta.
Jechała z przepisaną prędkością. Delektowała się mijanymi obrazami. Spokojna jak nigdy. Nawet coś pogwizdywała. Tak wygląda młoda kobieta w zespoleniu z maszyną i przyrodą. Już nie było daleko, jakiś czas temu minęła Myślenice. Droga była już mniej kręta, w sam raz na wiosenną przejażdżkę. Wielki Piątek, 10 kwietnia, ostatnia chwila na zakupy.
Zapadła się myślą gdzieś w głąb siebie. Na ułamek sekundy. I zobaczyła jak wyjeżdża z prawej strony. „Drań!’ przemknęło jej. Zatrzasnęło się czarne niebo. W setnym dniu roku. W ostatnim dniu.

X.
Maria ocknęła się nagle, musiała zapaść w drzemkę. Nie była w stanie kontrolować własnych odruchów. Przypomniała sobie, że Janka późnym wieczorem, a w zasadzie musiało to już być nocą, powiedziała:
‒ Powinnam już iść. I ty nie siedź. Połóż się. Czas leczy, przecież wiesz. Bardzo długi czas…
I wyszła delikatnie zamykając za sobą drzwi. Spędziły razem wiele godzin. Wypiły całą butelkę wódki. Do dna
Powoli podniosła nad stół głowę. Bolał ją kark. Poczuła zdrętwiałą rękę. Drewnianą. W oknie zauważyła różowiejący świt. Czyj?